Jeśli twój zapas na zimę leży na gołej ziemi przy płocie, dolna warstwa już ciągnie wodę jak gąbka. Swoje drewno do kominka trzymam 15–20 cm nad gruntem, na palecie, korą do góry i z luzem między szczapami. Tak ułożone schnie, zamiast gnić od spodu.
Stos na gołej ziemi to opał na straty
Na podwórkach wciąż widzę ten sam obrazek: szczapy zrzucone prosto na trawę albo na udeptaną ziemię pod ścianą szopy. Grunt oddaje wilgoć bez przerwy, po deszczu i po roztopach, a dolne polana piją ją jak knot. Najpierw ciemnieją, potem miękną, w końcu zaczynają gnić.
Wilgotne drewno szybko przyciąga też szkodniki. Tak trzymany zapas potrafi się zmarnować w kilka miesięcy, zanim w ogóle trafi do kominka.
Drugi częsty pomysł to owinięcie całego stosu szczelną plandeką. Deszcz faktycznie nie pada wtedy na drewno, ale woda, która z niego paruje, nie ma dokąd uciec. Drewno potrzebuje dachu nad głową, a nie foliowego worka. Dlatego najlepiej sprawdza się zwykła wiata: chroni przed deszczem i śniegiem, a boki zostają otwarte na wiatr.
Trzy kroki, którymi układam drewno
Na zdjęciu niżej widać, jak ma wyglądać dobrze ułożony stos: na palecie, korą do góry, z przerwami między szczapami. Miejsce wybieram nasłonecznione i przewiewne, bo słońce i ruch powietrza robią większość roboty.

- Paleta albo legary. Pierwsza warstwa ma leżeć mniej więcej 15–20 cm nad ziemią. Wystarczą stare palety albo legary położone na równym podłożu. Szczelina pod spodem odcina drewno od wilgoci z gruntu i pozwala powietrzu przepływać od dołu.
- Kora do góry. Każdą szczapę kładę korą ku górze. Kora działa jak mały daszek, więc woda spływa po niej, zamiast wsiąkać w odsłonięte drewno.
- Luz między szczapami. Nie upycham polan na siłę. Małe szczeliny między nimi to kanały, którymi ucieka wilgoć. Ciasno ubity stos schnie dużo wolniej.
Pilnuję też wymiarów. Otwarty stos nie powinien mieć więcej niż 2 m wysokości i 3–4 m długości. Wyższy i dłuższy łatwiej się przechyla, a rozsypane drewno z powrotem ląduje na ziemi.
Ile schnie buk i dąb, a ile sosna?
Naturalne suszenie, czyli sezonowanie, trwa różnie w zależności od gatunku i od tego, jak drewno leży. Gatunki twarde, takie jak grab, buk i dąb, potrzebują nawet 18–36 miesięcy. Miękkie, czyli jodła, sosna i świerk, są gotowe po około 6–12 miesiącach.
Twarde drewno każe na siebie czekać, ale się odwdzięcza, bo ma większą wartość opałową. Jeśli masz miejsce na dwa stosy, możesz palić miękkim, a twarde spokojnie dosuszać na kolejne sezony.
Skąd wiadomo, czy tegoroczny zapas jest gotowy?
Najprostszy sposób to kalendarz. Przy każdym stosie zapisuję, kiedy go ułożyłam i jaki to gatunek. Dąb albo buk pocięty wiosną tego roku na pewno nie dojrzał do obecnego sezonu, nawet jeśli z wierzchu wydaje się suchy. Sosna ułożona rok temu zwykle już się nadaje.
Drewno, które jeszcze trzyma wodę, zdradza się w piecu. Pali się niechętnie, syczy i dymi, bo energia z ognia idzie najpierw na odparowanie wody, a dopiero potem na ciepło w domu. Do tego mokre szczapy dają więcej sadzy, która osadza się w przewodzie kominowym i obniża bezpieczeństwo.
Dlatego zanim przyniosę kosz drewna do domu, sprawdzam datę przy stosie. Jeśli brakuje miesięcy, sięgam po starszy zapas, a młodszy zostaje na palecie pod wiatą.
